Talenty literackie są wśród nas.
| Autor |
Wiadomość |
|
merss
Czuwa nad wszystkim
Dołączył(a): Pt maja 06, 2011 1:22 pm Posty: 17515
Płeć: kobieta
wyznanie: katolik
|
 Re: Talenty literackie są wśród nas.
Powinnaś w końcu zacząć, by odczytać morał.
|
| N sty 28, 2024 12:52 am |
|
 |
|
mareta
Niesamowity Gaduła
Dołączył(a): Pn cze 13, 2011 5:22 pm Posty: 3496 Lokalizacja: podkarpackie
Płeć: kobieta
wyznanie: katolik
|
 Re: Talenty literackie są wśród nas.
joannabw napisał(a): Opowiedzieć Wam bajkę? Z młodych lat: "Opowiem bajkę Jak palił kot fajkę Na długim cybuchu. Upalił sobie kawałek ucha. A gdzię to ucho? woda zabrała. A gdzie ta woda? Gołębie wypiły A gdzie te gołębie? Na wysokim dębie, A gdzie ten dąb?...."
_________________ Błogosławieni czystego serca, albowiem oni Boga oglądać będą
|
| Pn lis 25, 2024 7:27 pm |
|
 |
|
Andy72
Niesamowity Gaduła
Dołączył(a): So lip 14, 2012 7:57 pm Posty: 7720
Płeć: mężczyzna
wyznanie: katolik
|
 Re: Talenty literackie są wśród nas.
Jacka znałem jeszcze z czasów studiów na Politechnice. Stare dzieje. Naprawdę był dobry z nauk ścisłych, znacznie przewyższał resztę grupy, a na wykładach się nudził. Ale nie wyszło mu w życiu. Podczas gdy reszta grupy podrobiła kariery w korporacjach, założyła własne firmy, jego dopadła paranoja. Są różne typy paranoi, ale jaka mogła dopaść Jacka? Oczywiście - mania wynalazczości, całymi dniami grzebie w swoim garażu, rodziny nie założył, dorabia jako stróż. Jak się czasem spotkamy, psioczy na Einsteina, Schrödingera i innych nazywając ich pseudonaukowcami, którzy zakłamali prawdziwa naukę. Po prostu dziwak. Aż kilka dni temu powiadomił mnie że muszę do niego koniecznie przyjść, bo właśnie ukończył wynalazek, nad którym pracował lata. Dzisiaj się spotkaliśmy. Na przywitanie pokazał dwa banknoty stuzłotowe i chytrze się uśmiechając pyta: - czy jest z nimi coś nie w porządku? Przyglądam, się , banknoty jak banknoty, owszem nowe, pachnące farbą ale nic szczególnego w nich nie widzę. - przyjrzyj się lepiej...podpowiem... na ich numer i serię. Patrzę i widzę , że ich numery są takie same! - Jacek, więc ten Twój wynalazek to drukarka banknotów...przyznaję że są idealne, nawet ten znak wodny i hologram. Rozumiesz jednak że to bardzo ryzykowne i może skończyć się dużym wyrokiem? - haaaa. - rozpromieniał - oj Andrzej, mógłbym się obrazić, ale u was korpoludków to normalne, czy naprawdę sądzisz że tyle lat ślęczałem nad wynalazkiem, dla takiej skończonej marności jak pieniądze? I to nielegalne?? Zbił mnie z tropu, o co mu chodzi - pomyślałem Znasz opowiadania Lema, z pewnością obiły ci się przynajmniej o uszy (a raczej oczy) jego opowiadania na temat problemów z tożsamością w przypadku teleportacji. Lem rozważał teleportację klasyczną: najpierw dokładne skanowanie, dezintegracja na atomy, przesyłanie informacji z prędkością światła i złożenie osobnika w całość. Akurat mnie nie interesuje rozkład na atomy. Ale jest problem: choćby nie wiem jak była dokładna kopiarka , mogłaby skopiować materię, taką jak ten banknot, ale nie skopiuje stanów kwantowych, to niemożliwe na podstawie fundamentalnych praw fizyki. Więc nie sklonuje ducha czy umysłu, nazwij to jak chcesz. Z kolei teleportacja kwantowa, ani przez chwilę nie tworzy kopii, przesyła informację jednocześnie niszcząc oryginał, to nawet źle powiedziane, oryginał nie jest niszczony, jest przesyłany. Więc teleportacja kwantowa jak ulał nadaje się do teleportacji. Tylko mi nie chodzi o teleportacje ale o kopie. - wiec jak? - w opowiadaniach SF, gdy ktoś przesuwa się wstecz w czasie napotyka tam siebie, nawet nie można tego nazwać kopią, to drugi ty, tylko młodszy. - wehikuł czasu? - ... który jak wiadomo jest niemożliwy loigcznie do zrobienia (słynny paradoks dziadka), być może możliwy jest chronowizor, czyli podgląd przeszłości bez możliwości zmian, jak w filmie. Mógłbyś sobie na przykład obejrzeć Bitwę pod Grunwaldem, być może zajmę się nim jako następnym wynalazkiem. - a ten który właśnie ukończyłeś? - samo kopiowanie; ponieważ materia jest falą, można dobrze wykorzystać jej nieoznaczoność w czasie by powstały dwie kopie różniące się ułamkiem miliardowej części sekundy, bardzo drobnym ułamkiem - chodzi o wielkości rzędu czasu Plancka. - a prawo zachowania masy? - materię można pobierać z praktycznie nieograniczonego zasobu zwanego "energia punktu zerowego" - przecież to niemożliwe! - w waszej pseudo-fizyce niemożliwe; przyznaję że to był trudny problem, ale go rozwiązałem; najpierw udawało się tworzyć pojedyncze gramy, do banknotu by wystarczyło, potem kilogramy, zaraz pokaże ci dwa laptopy z dokładnie do bajtu tym samym dyskiem, oraz mam dwa identyczne psy. Ostateczna wersja kopiarki liczy 3 metry i pozwala skopiować do 100 kg. - pomyślałem: kto tu zwariował? przecież widziałem te banknoty - Azor chodź! krzyknął Jacek i wtedy przybiegły dwa identyczne jamniki. - Dotychczas nie kopiowałem żadnego człowieka, ale metoda przesunięcia czasowego nie czyni różnicy między skopiowaniem czegokolwiek. - i... proponuję ci, że jak się zgodzisz, utworzę twoją kopię, to znaczy źle się wyraziłem, rozdwoję cie i będzie was dwóch, obydwaj tak samo prawdziwi. - dlaczego sam się nie sklonujesz? - nie wiem czy świat zasługuje na dwóch takich wynalazców. Kto miałby dostać nagrodę Nobla ? po połowie? Hehe... rozumiesz że akurat na Noblu mi nie zależy. - a wybrałeś mnie bo? - z ludzi, których znam, myślę że odniósł byś największą korzyść. Doceniam twoją skromność, kilka razy mówiłeś że człowiek by był fajny, musi być skromny. Z drugiej strony uważasz że twoje poglądy są najlepsze na świecie. Przekonujesz wszystkich do swych preferencji politycznych, religijnych, i ogólnie światopoglądowych. - mam do tego prawo! - tak, i narzekasz gdy ktoś nie zgadza się z tobą w jakimś szczególe. Pomyśl, że mógłbyś mieć wreszcie kogoś, kto by cię rozumiał całkowicie, znał cię, ze wszystkim się z tobą zgadzał, miał dokładnie takie samo zdanie na każdy temat jak ty! - no ciekawe.. pokażesz wynalazek? - Popatrz! odsłonił kabinę wyściełaną od środka lustrami. - wystarczy stanąć wewnątrz i będzie krótki błysk i wtedy będzie was dwóch! - raz kozie śmierć!, a może raz się żyje! , dobra, idę! Stanąłem w kapsule, zamknęła się oświetlona od wewnątrz bladym światłem. Nagle błysk i.... widzę naprzeciw ktoś kto ma wyglądać jak ja, nie jak w lutrze, ale tak jak na zdjęciach., na których byłem. Niewielu, jestem niefotogeniczny i nie lubię się fotografować. Teraz stał naprzeciw mnie wlepiając wzrok w tym śmiesznym sweterku, z brzuszkiem, poruszając się niezgrabnie. Kapsuła się otworzyła. - chyba nie musicie się sobie przedstawiać - zachichotał Jacek Zdałem sobie sprawę że ten ktoś, nie tylko wygląda jak ja, ale jest mną, ma ten sam umysł, wspomnienia, tok myślenia. Wlepiał we mnie oczy, i wiedziałem że myśli dokładnie to samo co ja Wiedziałem, że zna mnie dogłębnie, wszystkie moje fobie, pragnienia, nieudaczności, najbardziej ukryte chore seksualne fantazje. To co wybaczałem sobie, bo to byłem ja, ale nie mógłbym wybaczyć komuś innemu, by nim nie pogardzać. Czy to on jest moją karykaturą czy ja jego? Poczułem że go nienawidzę, i zdałem sobie sprawę że on musi czuć to samo. Po co wchodziłem do tej kapsuły, jeden ja by wystarczył; zmroziło mnie, a co gdy mi zrobi krzywdę? Spojrzałem kątem oka na nóż. Był szybszy, widząc mój ruch, szybko po ten noż sięgnął. Chwyciłem go za rękę. Zamachnął się i zrobił mi dwie szramy na policzku. Na szczęście udało mi się wykręcić mu rękę i ugodziłem go w szyję. Cios był śmiertelny. Opadł z sił. Stałem nad jego ciałem, i wcale nie byłem dumny ze zwycięstwa, chciało się wyć. https://www.youtube.com/watch?v=62rxgMxhYxs
_________________ W końcu bądźcie mocni w Panu - siłą Jego potęgi. Ef,6,10
|
| Wt kwi 08, 2025 4:54 pm |
|
 |
|
Andy72
Niesamowity Gaduła
Dołączył(a): So lip 14, 2012 7:57 pm Posty: 7720
Płeć: mężczyzna
wyznanie: katolik
|
 Re: Talenty literackie są wśród nas.
Powyższe opowiadania o klonowaniu napisałem sam. Ale jeszcze są opowiadania przy pomocy AI, choć niektóre wymagały mojej sporej pomocy. Ponieważ nie przedstawiają mojego wyłącznego talentu ale musiałem użyć AI, więc zamiast zamieszczenia , podaję tylko link do wątku: http://www.sfinia.fora.pl/blog-andy72,1 ... 27585.html
_________________ W końcu bądźcie mocni w Panu - siłą Jego potęgi. Ef,6,10
|
| So kwi 12, 2025 8:26 pm |
|
 |
|
PeterW
Czuwa nad wszystkim
Dołączył(a): Cz cze 21, 2012 3:15 pm Posty: 7190
Płeć: mężczyzna
wyznanie: katolik
|
 Re: Talenty literackie są wśród nas.
Ja widzę echo jednego z opowiadań Lema (z cyklu opowiadań o Ijonie Tichym) 
_________________ "Bo myśli moje nie są myślami waszymi, ani wasze drogi moimi drogami - wyrocznia Pana." Iz 55
|
| So kwi 12, 2025 11:07 pm |
|
 |
|
Andy72
Niesamowity Gaduła
Dołączył(a): So lip 14, 2012 7:57 pm Posty: 7720
Płeć: mężczyzna
wyznanie: katolik
|
 Re: Talenty literackie są wśród nas.
Które opowiadanie i które Lema?
_________________ W końcu bądźcie mocni w Panu - siłą Jego potęgi. Ef,6,10
|
| N kwi 13, 2025 12:25 am |
|
 |
|
PeterW
Czuwa nad wszystkim
Dołączył(a): Cz cze 21, 2012 3:15 pm Posty: 7190
Płeć: mężczyzna
wyznanie: katolik
|
 Re: Talenty literackie są wśród nas.
Raczej skojarzenia, pewien duch opowiadania. Coś ze Wspomnień Ijona Tichego III i Podróż czternasta wszystko z tomu "Dzienniki Gwiazdowe" (to raczej dwa niż jedno opowiadanie)
_________________ "Bo myśli moje nie są myślami waszymi, ani wasze drogi moimi drogami - wyrocznia Pana." Iz 55
|
| N kwi 13, 2025 8:15 pm |
|
 |
|
Andy72
Niesamowity Gaduła
Dołączył(a): So lip 14, 2012 7:57 pm Posty: 7720
Płeć: mężczyzna
wyznanie: katolik
|
 Re: Talenty literackie są wśród nas.
Wspomagane (ale ze zmianami) przez AI, nawiązujące do jednego opowiadania o niewolnictwie.
„Sygnał” Wszystko zaczęło się w środę. Z pozoru zwyczajny poranek: ruch w korkach, niebo blade, radio jak zawsze gadało o polityce i kursach walut. Aż nagle spikerka, z głosem drżącym, przerwała wiadomości: „NASA potwierdziła — obiekt spoza Układu Słonecznego wszedł na orbitę Jowisza. Nie jest to kometa ani asteroid. To konstrukcja techniczna.” W ciągu godziny wiedział o tym cały świat. Telewizje, portale, media społecznościowe — wszystko pulsowało jednym słowem: Sonda. Wszyscy czuli, że coś się zmieniło. Na konferencji prasowej dyrektor ESA mówił drżącym głosem o „największym odkryciu w historii ludzkości”. Obiekt nadawał coś w paśmie mikrofalowym. Nie były to przypadkowe impulsy. To był język. Po dwóch dniach kontaktu — pierwszy przełom. Sygnały odpowiadały na wzory matematyczne, potem na obrazy, potem — na język. Nie na konkretny, ale na ideogramy, tłumaczone przez wspólny interfejs semantyczny, który powstał z połączenia lingwistów, AI i czystej nadziei. W trzecim dniu Sonda pokazała obraz swoich twórców. Nie byli tak różni od nas. Dwie nogi, dwie ręce, głowa — choć o błękitnoszarej skórze i oczach pozbawionych źrenic. Mówili o pokoju, o pragnieniu poznania, o tym, że „nauczyli się patrzeć dalej niż własny świat”. Internet eksplodował zachwytem. Wielu ludzi płakało ze wzruszenia, inni mówili o nowym rozdziale Ewangelii, jeszcze inni o końcu religii. Świat zjednoczył się na tydzień. Nawet giełdy przestały spadać. Nad siedzibą ONZ zawisł transparent: „Witajcie, Bracia z Gwiazd.” Zaczęto wysyłać im dane. Wszystko: mapy genomu, dzieła sztuki, próbki muzyki, dokumenty o prawach człowieka, manifesty filozoficzne, nawet wirtualne spacery po Luwrze i Google Earth. Był w tym jakiś zapał neofity — jakbyśmy chcieli powiedzieć: zobaczcie, jacy jesteśmy wspaniali. Siódmego dnia sonda przerwała transmisję. Najpierw milczenie. Potem tylko sygnał nośny — jak echo, które jeszcze przez chwilę nie chce się przyznać, że już nic nie ma do powiedzenia. A wreszcie — nic. Na ekranach CNN, BBC, TVN, RT, Al-Jazeery — ten sam napis: „Kontakt utracony.” Politycy mówili o „problemie technicznym”. Religijni mówcy — o „Bożej próbie”. Sceptycy triumfowali: „mówiliśmy, że to mistyfikacja”. Inni zastanawiali się , o co im poszło? Ostatnie wysłane dane to był pakiet danych socjologiczno-politycznych. Wśród nich — fragmenty debat ONZ o aborcji, raporty WHO o populacji, statystyki dotyczące praw reprodukcyjnych, dane z mediów o planach wpisania aborcji do konstytucji jednego z krajów. Trzy dni później teleskopy odnotowały ruch. Sonda zmieniła trajektorię. Nie została zniszczona, nie zawróciła — po prostu przyspieszyła, aż zniknęła za orbitą Saturna. W ciągu tygodnia wszystkie media przestały o tym mówić. Temat się wypalił, jak każda sensacja. Zostały tylko memy, żarty, parodie w talk-showach. Ale w archiwach astronomicznych zapisano coś jeszcze: ostatni impuls z sondy, zanim zamilkła. Nie był to sygnał w paśmie radiowym. To była sekwencja dźwięków, zrekonstruowana później przez AI. Cztery słowa, w nieznanym języku, które po przetłumaczeniu przez wszystkie modele semantyczne dały najbardziej prawdopodobne znaczenie: „Zbyt wcześnie dla was.”
_________________ W końcu bądźcie mocni w Panu - siłą Jego potęgi. Ef,6,10
|
| So paź 18, 2025 10:39 am |
|
 |
|
Andy72
Niesamowity Gaduła
Dołączył(a): So lip 14, 2012 7:57 pm Posty: 7720
Płeć: mężczyzna
wyznanie: katolik
|
 Re: Talenty literackie są wśród nas.
Niestety nie w całości napisałem samodzielnie. tylko dałem zarys o czym to ma być, a AI rozwinęła to w opowiadanie: akurat na dzisiejsze czasy:
Luna 5
Srebrzysty pył Mare Imbrium leżał nieruchomo od miliarda lat i nie zamierzał się tym przejmować. Nad nim, wczepiona w skałę jak metalowy kleszcz, sterczała baza Luna 5 - wspólne dzieło dwóch mocarstw, które na Ziemi nie potrafiły uzgodnić nawet kształtu stołu, a tutaj, w próżni, musiały dzielić jedno powietrze.
Igor Andriejew lubił tę godzinę. Słońce stało nisko nad pierścieniem krateru, cienie kładły się długie i ostre, a w mesie pachniało kawą - prawdziwą, przemyconą w osobistym przydziale Sama. Amerykanin nalewał ją teraz do dwóch kubków z taką powagą, jakby odprawiał nabożeństwo.
- Wiesz, Igor - powiedział Sam Johnson, podsuwając mu kubek - gdyby nasze rządy raz w tygodniu musiały pić razem kawę o świcie, wszystkie traktaty podpisywałyby się same.
- Wasze rządy piją kawę o świcie, Sam. Tylko każdy w innej części świata i każdy myśli, że to on patrzy na właściwe słońce.
Roześmiali się obaj. Za szybą iluminatora Ziemia wisiała w czerni - biało-niebieska, śliczna, bezbronna jak dziecko śpiące na skraju stołu.
Mieli za sobą czternaście miesięcy wspólnej służby. Czternaście miesięcy, w których nauczyli się swoich nawyków, swoich klątw w dwóch językach, swoich fotografii przyklejonych do koi. Igor wiedział, że córka Sama nazywa się Mary i lubi czerwone wstążki. Sam wiedział, że matka Igora hoduje pod Riazaniem ogród, w którym śliwki dojrzewają wcześniej niż u sąsiadów. Tu, na dnie próżni, takie rzeczy znaczyły więcej niż flagi nad śluzą.
Zaczęło się od radiostacji.
Operatorem zmiany był tego dnia młody Pietrow, więc to on pierwszy usłyszał ton, który nie powinien był zabrzmieć. Wezwał Igora, a Igor wezwał Sama, i wkrótce cała szóstka - trzej Rosjanie, trzej Amerykanie - tłoczyła się w ciasnej kabinie łączności, słuchając, jak Ziemia mówi do nich coraz krótszymi, coraz bardziej zdławionymi zdaniami.
Najpierw były to komunikaty oficjalne - suche, sztywne, pełne słów takich jak „incydent", „ultimatum", „mobilizacja". Potem ton się zmienił. Spikerzy zaczęli mówić szybciej. W tle, za ich głosami, słychać było inne głosy - naradzające się, podnoszące. Houston podawało jedną wersję wydarzeń, Moskwa drugą, i obie wersje miały tę samą cechę: w obu winę ponosił ktoś inny.
- To tylko polityka - powiedział Sam, ale powiedział to o pół tonu za cicho.
Igor nie odpowiedział. Patrzył na wskaźniki, jakby mogły mu coś poradzić.
Przez następne dwie doby spali na zmianę, po dwie–trzy godziny, nie odchodząc od odbiornika. Mors stukał, fale szumiały, a świat na dole napinał się jak struna. Padały nazwy cieśnin i granic. Padały liczby dywizji. Raz, tylko raz, w transmisji rosyjskiej rozległ się głos kobiety - może spikerki, może kogoś, kto wdarł się do studia - i ten głos powiedział po prostu: „Schowajcie dzieci". Potem urwało się i wrócił oficjalny komunikat.
Sam zacisnął palce na krawędzi pulpitu tak mocno, że pobielały mu knykcie.
- Mary ma siedem lat - powiedział do nikogo.
Transmisja z Ziemi urwała się o godzinie, którą później żaden z nich nie potrafił dokładnie podać, bo żaden nie chciał na nią patrzeć.
Najpierw zniknął kanał amerykański - nie z trzaskiem, nie z hukiem, lecz po prostu zamilkł w połowie słowa, jak człowiek, któremu nagle zabrakło tchu. Potem, w odstępie kilkunastu minut, jeden po drugim gasły kanały rosyjskie. Pietrow przeszukiwał pasma drżącymi rękami, przechodząc od częstotliwości do częstotliwości, i wszędzie znajdował to samo: szum. Czysty, równy, obojętny szum kosmosu, który był tam, zanim pojawił się człowiek, i który miał trwać, gdy człowieka już nie będzie.
- Może to zakłócenia - szepnął ktoś. - Może burza magnetyczna.
Nikt mu nie uwierzył, ale wszyscy byli mu wdzięczni, że to powiedział.
To Igor pierwszy sięgnął po lornetkę.
Wyszedł do kopuły obserwacyjnej, małej szklanej bańki na grzbiecie bazy, z której w pogodne - to znaczy zawsze - noce księżycowe oglądali Ziemię. Sam ruszył za nim bez słowa. Reszta została na dole, jakby bali się, że jeśli wejdą wszyscy, prawda stanie się cięższa.
Ziemia wisiała na swoim miejscu, piękna jak zawsze. Lecz teraz po jej nocnej stronie - tam, gdzie powinny były świecić miękkie, ciepłe rozproszenia świateł miast - kwitły inne światła.
Białe. Krótkie. Bezgłośne.
Rozbłyskiwały i gasły, rozbłyskiwały i gasły, a każdy taki rozbłysk był ostrzejszy od miejskiej łuny, twardszy, bardziej geometryczny - kropka czystego ognia, która rozkwitała w okręg i znikała. Igor liczył je przez chwilę, machinalnie, jak liczy się sekundy między błyskawicą a grzmotem. Doliczył do jedenastu i przestał.
Grzmot nie nadszedł. Tu nigdy nie nadchodził. Wojna na Ziemi była stąd cicha jak film bez dźwięku.
Podał lornetkę Samowi. Sam patrzył długo, bardzo długo, a potem opuścił ją powoli i nie powiedział nic. Po jego policzku, w sztucznym świetle kopuły, spływała jedna lśniąca kropla i zatrzymała się na szczęce, drżąc.
Gdzieś tam w dole był stan Ohio. Były czerwone wstążki. Były śliwki pod Riazaniem.
Z początku rozpacz złączyła ich tak, jak złącza ludzi każda katastrofa. Stali przy sobie, Rosjanie i Amerykanie, w jednej ciasnej mesie, i milczeli, bo każde słowo było za małe. Ktoś zrobił kawę i nikt jej nie wypił. Pietrow płakał otwarcie, bez wstydu, jak płaczą bardzo młodzi.
Lecz rozpacz to dziwna substancja. U jednych zamienia się we łzy, u innych krzepnie w coś twardszego, ostrzejszego, w coś, co musi mieć winnego - bo świat, w którym nie ma winnego, jest nie do zniesienia.
Pierwszy odezwał się Kozłow, inżynier reaktora, mężczyzna ciężki i milczący, którego nikt nigdy nie słyszał podniesionego głosu.
- To wy zaczęliście - powiedział cicho, patrząc na podłogę. - Słyszeliśmy. Wasze ultimatum. To było wasze ultimatum.
- Nasze? - Carter, drugi z Amerykanów, odwrócił się gwałtownie. - To Moskwa złamała traktat. Każdy to słyszał. Każdy.
- Kłamiecie.
- To wy kłamiecie.
I tak, w mesie wspólnej bazy, na martwym księżycu, nad popiołem świata, który właśnie przestał istnieć, zaczęła się ostatnia wojna gatunku ludzkiego - w skali sześciu osób, ale tej samej, dokładnie tej samej co tamta na dole.
Igor patrzył na to z narastającym, lodowatym przerażeniem. Nie na kłótnię - na coś gorszego. Na to, jak prosto, jak naturalnie, jak chętnie wszyscy w to wchodzą. Jak ulgą jest dla nich móc kogoś nienawidzić.
Wieczorem - to znaczy w godzinie, którą zegary nazywały wieczorem - Carter zniknął.
Znaleźli go w przedziale technicznym sektora rosyjskiego, przy zaworach obiegu powietrza. Manipulował przy nich śrubokrętem. Gdy go odciągnęli, nie krzyczał. Powiedział tylko, spokojnie, niemal rozsądnie:
- Tlenu starczy na dłużej, jeśli będzie nas mniej. To proste. To tylko matematyka.
I najgorsze było to, że miał rację. Generator tlenu był jeden. Zapasy były jedne. W tej arytmetyce każdy człowiek był liczbą, którą można było odjąć, by inni żyli dłużej. Wojna na Ziemi skończyła się w kilka godzin. Wojna na Luna 5 mogła trwać tygodniami - cicha, metodyczna, prowadzona zaworami i bezpiecznikami, o powietrze, o wodę, o światło.
Tej nocy zamknięto śluzy między sektorami. Trzej Rosjanie po jednej stronie, trzej Amerykanie po drugiej, a w ścianie między nimi biegły te same przewody, ten sam tlen, to samo kruche ciepło, które utrzymywało ich wszystkich przy życiu wbrew całemu wrogiemu wszechświatowi. I każda strona myślała teraz, jak ten tlen odebrać drugiej.
Igor nie spał. Siedział w ciemnej kabinie łączności, przed martwym odbiornikiem, i słuchał szumu - jedynego głosu, jaki został wszechświatowi. Po drugiej stronie cienkiej ściany, w sektorze amerykańskim, czuwał Sam. Igor wiedział, że czuwa. Czuli się przez tę ścianę jak dwaj ludzie, których rozdzielono w tłumie.
O świcie - gdy słońce znów dotknęło pierścienia krateru i cienie wyciągnęły się długie i ostre jak wtedy, gdy pili kawę - coś w Igorze pękło. Wstał. Podszedł do śluzy oddzielającej oba sektory. Położył dłoń na czerwonym kole zaworu.
Z drugiej strony rozległo się ciche, metaliczne dotknięcie. Ktoś tam stał. Igor wiedział kto.
- Sam - powiedział do stali. - Sam, słyszysz mnie?
Cisza. Potem, stłumiony, zmęczony, jego głos:
- Słyszę, Igor.
- Posłuchaj mnie. - Igor oparł czoło o zimny metal. - Tam na dole oni już to zrobili. Już skończyli. Nie zostało nic do wygrania. Nie ma już o co. - Przełknął ślinę. - Jeśli teraz i my... to znaczy, że oni mieli rację. Że tak właśnie musiało być. Że człowiek to tylko zwierzę, które nosi wojnę w sobie jak chorobę i zarazi nią każdy nowy świat, do którego dotrze. - Zamknął oczy. - Nie chcę, żeby mieli rację, Sam. Nie chcę, żeby to była ostatnia rzecz, jakiej dowiódł nasz gatunek.
Długo, bardzo długo trwała cisza. Igor słyszał własne serce. Słyszał szum obiegu powietrza - tego samego po obu stronach ściany.
Potem koło zaworu drgnęło. Powoli, z głębokim, ciężkim zgrzytem zaczęło się obracać. Nie zamykać. Otwierać.
Śluza rozsunęła się i w niej stał Sam Johnson - nieogolony, z zaczerwienionymi oczami, z dwoma kubkami w dłoniach. Postawił jeden na progu, na granicy dwóch sektorów, dwóch mocarstw, dwóch martwych już flag.
- Kawy zostało akurat na dwie filiżanki - powiedział ochryple. - Pomyślałem... że nie powinna się zmarnować.
Za ich plecami, w obu sektorach, milczący ludzie stawali w drzwiach i patrzyli. Carter opuścił śrubokręt. Kozłow odwrócił wzrok od podłogi.
A nad nimi, za szybą kopuły, Ziemia wisiała w czerni - ciemna teraz po obu stronach, bez świateł miast, bez błysków, cicha. Skończona.
Lecz tu, na dnie próżni, w blasku niskiego słońca, dwóch ludzi piło razem kawę. I to było wszystko, co zostało z ludzkości - sześć osób na srebrnej skale i jeden gest, który mówił: nie. Tu nie. Z nami to się skończy inaczej.
Może to było za mało, by cokolwiek znaczyć.
A może, w całym milczącym wszechświecie, było to jedyne, co kiedykolwiek miało znaczenie.
_________________ W końcu bądźcie mocni w Panu - siłą Jego potęgi. Ef,6,10
|
| N cze 28, 2026 4:59 pm |
|
 |
|
Andej
Dyskutant
Dołączył(a): Pt lip 24, 2026 8:32 am Posty: 186
Płeć: mężczyzna
wyznanie: katolik
|
 Re: Talenty literackie są wśród nas.
Własnoręcznie pisane są znacznie lepsze. Ale jakby urwane. Zbyt szybkie zakończenie. I chciałoby się, aby było w nich coś więcej. Rozumiem, że taki zamysł. Czytelnik ma dośpiewać resztę. Chętnie bym się podzielił swoimi wypocinami. Ale chyba za długie (choć w sumie mona byłoby w odcinkach). I zupełnie bez zakończenia. Bo miały to być powieści. Ale jak się raz wypadnie z pisanie, to potem trudno wrócić. Ale sądząc po tym, że wątek zamarł, to chyba nie na sensu się dzielić swoimi ramotami.
|
| So lip 25, 2026 8:16 pm |
|
 |
|
mareta
Niesamowity Gaduła
Dołączył(a): Pn cze 13, 2011 5:22 pm Posty: 3496 Lokalizacja: podkarpackie
Płeć: kobieta
wyznanie: katolik
|
 Re: Talenty literackie są wśród nas.
Pochwal się, jeżeli piszesz, tu sami swoi. 
_________________ Błogosławieni czystego serca, albowiem oni Boga oglądać będą
|
| Cz lip 30, 2026 4:53 pm |
|
 |
|
Andej
Dyskutant
Dołączył(a): Pt lip 24, 2026 8:32 am Posty: 186
Płeć: mężczyzna
wyznanie: katolik
|
 Re: Talenty literackie są wśród nas.
mareta napisał(a): Pochwal się, jeżeli piszesz, tu sami swoi.  Dziękuję. Skoro prowokujesz, to z chęcią się czymś pochwalę. Już to publikowałem gdzieś indziej. Więc niektórzy mogą znać. -=-=-=-=-=-=-=- Co dalej, po śmierci?Opowiadanie nie z tej ziemi. Taki science fiction, że tym, że niewiele w tym science. Gdzieś w Biurze Obsługi Żyjących– Hej Responser, jesteś wezwany na dywanik! – Znowu? – Co znowu zbroiłeś? Leć, czeka na ciebie! W gabinecie– Nich będzie pochwalony … – Na wieki wieków. – Responser, ostatni bardzo się zaniedbujecie. Mamy skargi. – Ale ja haruję, wciąż odpowiadam, tłumaczę, wyjaśniam. Bez chwili wytchnienia. – A niby komu? Czym jesteś taki zajęty? – Quare, to on zasypuje mnie masą pytań? – O co pyta? – O to, co niemożliwe do wytłumaczenia: Kiedy następuje Sąd? Jak się odbywa Sąd? Kto ocenia< Ojciec czy Syn? Jak jest rola Ducha na sądzie? Czy będzie adwokat? Czy oskarżyciel? I tak dalej, dalej i dalej. A ja dwoję i się i troję, aby podsunąć mu odpowiedź. Niestety, każda odpowiedź powoduje powstanie kolejnych pytań. Już nie wiem, jak sobie z nim radzić. – Trzeba było od razu przyjść do mnie. – Nie chciałem głowy zawracać. – Zawsze jak masz problem, to pytaj. A teraz weź tego, jak on się nazywa, a Quare do przedsionka. Niech zobaczy, jak wygląda ostateczny wybór. – Jak, mam go nagle przenieść? – Zrób, tak jak zawsze: we śnie albo wykorzystaj okoliczności. Na przykład jakieś nagłe zdarzenie, wypadek. Zaraz wyświetlę jego najbliższa przyszłość. O widzisz, jutro wypada na przejeździe. Jego dwaj towarzysze zginą, a jego odratują. Zabierz go, aby zobaczył, jak jego koledzy odchodzą. Gdzieś na ziemi– Zabierajcie go. – A tamci? – Już nie żyją. Tylko ten ma szansę. Gdzieś między niebem a piekłem– Gdzie ja jestem? Kim jesteś? Co się stało? Czemu tu taki wielki ruch? Dlaczego tak cicho? … – Jestem tym, kogo zadręczasz pytaniami, o Boga, Maryję, niebo, piekło … Jestem Responser. Jestem anioł Responser, który musi pomagać ci w znajdowaniu odpowiedzi na wątpliwości. – Anieli są niewidoczni! – Zwykle tak, ale dostałeś pozwolenie na naoczne przekonanie się, co dzieje się po śmierci. – Umarłem? Co się stało? Jechaliśmy … – Nie, leżysz na stole operacyjnym, tam na ziemi. Ale twoi koledzy nie przeżyli. Wypadek na przejeździe. – Nie rozumiem. – Jak zwykle (Responder pozwolił sobie na kąśliwą uwagę). Jesteśmy tam, gdzie wszystko się rozstrzyga. – Sąd Ostateczny? – W pewnym sensie. Patrz i słuchaj. Będę tłumaczył. Najpierw rozejrzyj się. I co widzisz? – Światło. Dalekie, piękne, przyciągające jak magnes. Światło. Jakieś miękkie, ciepłe, zachęcające, aby tam iść. – A z drugiej strony? – Mrok. Taki wilgotny, pełen napięcia, intrygujący, jakiś wesoły. – I co jeszcze rzuca się w oczy? – Lustro. Wielkie lustro? Dziwne, jednocześnie oświetlone i pogrążone w mroku. – To jest Lustro Ostatecznego Wyboru. Podejdź, przejrzyj się. – No widzę, ale zaraz, przecież na odbiciu jestem w swoim mieszkaniu … – Teraz przejdź trochę w lewo, trochę w prawo i zobacz swoje odbicia i innych miejscach. Tylko uważaj pod nogi, nie możesz przekroczyć półokręgu narysowanego przed lustrem. – Dlaczego? – Z za tej linii nie można już się wrócić. Po jej przekroczeniu nie będziesz chciał zawrócić. – Ale to przecież to samo lustra! – Masz rację, lustro to samo, ale oświetlenie inne. – No i co z tego? Będę wyraźniej widział? – Sprawdź! Quare skierował się w prawo. W stronę światła. Po prostu światło go pociągało. Było w tym świetle coś, czego nie potrafił zrozumieć. Surowe ale przyjazne. Wzbudzające obawę, ale jakieś takie kochające. Zdawał sobie sprawę z bezsensowności tego ostatniego określenia, ale tak to odczuwał. Stanął w lepszym oświetleniu i zobaczył znów samego siebie, ale w innym czasie i w innym miejscu. Gdy jako nastolatek podkradał mamie pieniądze z portmonetki. Zawstydził się na to wspomnienie. Wyrwało mu się ciche westchnienie: – Przepraszam mamo. Potem zobaczył, jak mam się pyta, co się stało z brakującą kwotą, młody Quare odpowiada, że nie wie. Że może w sklepie źle wydali resztę, może wypadło. Zrobił się cały czerwony. Obrócił do Responsera mówiąc: Gdyby dało się to odwrócić. – W pewnym stopniu da się. – Jak to? – Faktów nie zmienisz, ale teraz aktem swoje skruchy, dobrej woli i miłości możesz sam zmienić to, co widziałeś. Jeśli bardzo chcesz, zmienisz. Jeśli bardzo kochasz, to zmienisz. – Nie rozumiem. Spróbuj teraz gorąco pragnąć, aby twoje odbicie postąpiło tak, jak teraz uważasz za słuszne.-Quare ponownie spojrzał w lustro. Znów podkradł. A gdy mama spytała, czy nie wie co się stało z pieniędzmi, przyznał się, że ukradł. Może to śmieszne, ale Quare, a właściwie dwóch Quare, ten z lustra i ten stojący przed lustrem równocześnie powiedzieli: – Przepraszam mamo, tak bardzo chciałem sobie kupić ten model. Nie mogłem się powstrzymać. W tym momencie przypomniał mu się, jak prosił mamę o pieniądze, a ona powiedziała, że nie ma. Na to on powiedział, że to nie prawda, bo na chleb i jedzenie ma. I zrobiło mu się jeszcze bardziej wstyd.) I zauważył, że znów mówi, a wraz z nim jego odbicie: – Mamo wybacz mi. Pójdę poszukam makulatury, złomu. Pozbieram puszki w parku. Oddam te pieniądze. Zobaczył skrywany uśmiech mamy. Od razu poszedł spełnić obietnicę. Niestety, niewiele zarobił. Przyniósł mamie mówiąc: Tylko tyle się udało, ale jutro znów się postaram. A mam uścisnęła, przytuliła i tylko powiedziała: -Kocham cię. Szczęśliwy odwrócił się do Responsera. – Jak ja ją kocham. – Poznałeś już jak działa prawa, oświetlona strona lustra. Teraz zobacz z lewej. I pamiętaj o linii. I przeszli tam, gdzie panował przytulny mrok. Znów stanął przed lustrem. I ku swojemu zdumieniu zobaczył tę samą scenę początkową. Tu anioł polecił, aby tylko obserwował. Wyjaśnił, że to będzie projekcja tego, co by się stało, gdyby zrazu wybrał lewą stronę lustra. I stało się. Quare odbity i stojący na pytanie mamy wyparł się, że ma coś w tym wspólnego. Potem kolegom pochwalił się, jak zdobył kasę ci pochwalili go. Quare zaplanował, że od teraz będzie systematycznie podbierał małe kwoty. Bo skoro matka naiwnie mu uwierzyła, to jakoś się upiecze. Co dziwne, Quare stojący przed lustrem zaczął odczuwać jakąś satysfakcję z tego, że jest taki sprytny. – A teraz wracaj na środek. Zobaczysz cos ciekawszego. Zobaczysz kolegów z którymi jechałeś. Koledzy QuareQuare przypomniał sobie tragiczne zdarzenie. Ocknął się i poszedł posłusznie za aniołem. Nagle ni stąd, ni zowąd pojawili się koledzy. Równocześnie, ale niezależnie. Tak, jakby żaden z nich nie zdawał sobie sprawy z obecności drugiego. Responser uznał za konieczne wytłumaczenie: – Ta naprawdę przed tym lustrem jest mnóstwo ludzi. Wciąż przybywają kolejni. Ale każdy jest jakby w innym wymiarze. W wymiarze swojego życia. Teraz przez chwilę pokaże ci sytuację rzeczywistą. I Quare ujrzał wielki kłębowisko przenikających się wzajem ludzi. A żaden z nich nie dostrzegał innych. – Teraz po kolei. Najpierw zobaczysz tego, który siedział za kierownicą. Wiesz, że był nieświeży po wczorajszej bibce? Quare popatrzył nań zaskoczony. I na pojawiającego się kolegę. A właściwie trzech kolegów. Trzech identycznych. Jeden ubrany w to, co miał na sobie w momencie wypadku, a dwaj pozostali w eleganckich garniturach. Odezwali się do przybyłego równocześnie: – Cześć, czekałem na ciebie. Jestem twoim przewodnikiem. – Was jest dwóch! Gdzie jesteśmy? Kim jesteście? Co tu robimy? Zostawcie mnie, wracam, muszę jechać. – Nigdzie już nie pojedziesz. Nie pamiętasz? Przejazd. Lokomotywa. Wyginające się blachy. Huk. Tryskająca krew. – Tak, wypadek. I nic się nie stało? – Zginąłeś na miejscu. – Jak sobie robicie. Przecież żyję! – Gdybyś żył, to byś się tu nie znalazł. – Pieprzysz koleś. Gdybym nie żył, to by nie było nic. Po śmierci nie ma nic. – Zawsze jest. Niezależnie od tego, czy wierzysz czy nie. – Co to za miejsce? – To Miejsce Ostatecznego Wyboru. Przed tobą Lustro Ostatecznego wyboru. – W tym lustrze wybierasz to, co ci się podoba. To co chcesz dla siebie. I w tym momencie usłyszał jednocześnie: – Z lewej jest niebo. – Z prawej jest niebo. Obie wypowiedzi zlały się w jedno, jednak treść dotarła. – Nie ma nieba, ani piekła. – Tak myślisz? To gdzie jesteś? Nie wierzysz, że zginąłeś? To popatrz. I w tym momencie zobaczył film z wypadku, przyjazd służb ratowniczych, swoje ciało. Usłyszał słowa, które nim wstrząsnęły, że już nie żyje. – Nieprawda. Żyję, bo widzę. Słyszę. Kłamiecie. – Nie. Musisz zrozumieć, że już nie żyjesz. Dość długo trwało, zanim do niego dotarła prawda. Przestał się rzucać i spytał: – I co teraz? – Wybieraj, piekło czy niebo. – Oczywiście, że niebo. – No to idź. – W którą stronę? I znów usłyszał równocześnie dwie odpowiedzi. Jeden mówił, że w lewo, a drugi, że w prawo. – Zdecydujcie się. – Jak pójdziesz w prawo, to zobaczysz wszystkie swoje grzechy. – Jak pójdziesz lewo, to zobaczysz, jak udawało ci się wesoło przemykać przez życie. – W świetle zobaczysz wszystkie swoje czyny, dobre i złe. Jednych będziesz się wstydził, z innych będziesz zadowolony. Im bardziej będziesz się przybliżać do światła, tym ostrzej będziesz oceniać swoje życie. – Jak skierujesz się tam, gdzie ciemniej, nie zobaczysz żadnych swoich błędów. Ponownie przeżyjesz wszystkie wspaniałe chwile z kolesiami, panienkami, knajpami. – A mogę spróbować z obu stron? – Możesz, dopóki nie przekroczysz narysowanej linii. Jak przekroczysz, to nie wrócisz. I poszedł w lewo. Zobaczył siebie, szczęśliwego, w knajpie. Koledzy, koleżanki, w świetnych nastrojach. Lekko podchmieleni. Śpiewali, zaśpiewał wraz z nimi. – Jak pójdziesz w tę stronę, to dostaniesz złotą kartę płatniczą, bez limitu. Będziesz mógł tak bez końca. – Sprawdź jeszcze od strony światła. Niezbyt chętnie porzucił nastrój, ale poszedł gnany ciekawością. Zobaczył tę samą scenę. Ale teraz dostrzegł, że panienka wyciąga mu portfel. Że jest cały zaśliniony i brudny. – Jeśli bardzo chcesz, możesz to zmienić. Możesz wybrać trzeźwość i uczciwość. – Nie podoba mi się tu. To jakieś piekło. Tak ma wyglądać piekło? Mam się tak męczyć? Obaj przewodnicy odezwali się jednocześnie: – Ty sam wybierasz. Sam decydujesz, co jest dla ciebie niebem. – Wracam tam, gdzie przyjemnie. – Nie wolisz zrzucić z siebie brudu całego życia? Poznać trzeźwe szczęście? – Nie słuchaj go, sam widziałeś, gdzie jest fajniej. I poszedł. Na lewo. Przekroczył linię. I zobaczył dalszy ciąg biesiady w krócej uczestniczył. Zobaczył, jak skacowany wraca do domu. Bez portfela, z rozbitą głową. Uwalany w błocie, w które kilka razy się przewrócił. – I to jest niebo? To jest przyjemne? – Sam wybrałeś. Teraz już na zawsze będziesz się bawił i miał kaca. Będziesz wstawał tylko po to, by jeszcze głębiej upadać w błoto. – Chcę wracać! – Dokonałeś wyboru. Klamka zapadła. Responder spytał: – Chesz zobaczyć drugiego? Quare przytaknął. I pojawił się drugi. I, niemal dokładnie powtórzyła się scena. Pojawił się drugi kolega z pracy. Też w towarzystwie dwóch sobowtórów. Ci dodatkowi także w eleganckich garniturach. Odezwali się do kolegi równocześnie: – Cześć, czekałem na ciebie. Jestem twoim przewodnikiem. – Was jest dwóch! Gdzie jesteśmy? Kim jesteście? Co tu robimy? Zostawcie mnie, wracam, jestem w pracy. – Nigdzie już nie pojedziesz. Nie pamiętasz? Przejazd. Lokomotywa. Wyginające się blachy. Huk. Tryskająca krew. – Tak, wypadek. I co? – Zginąłeś na miejscu. – Przecież żyję! – Gdybyś żył, to byś się tu nie znalazł. – To gdzie jesteśmy? W niebie? – W drodze do nieba. Tu jest Miejsce Ostatecznego Wyboru. Przed tobą Lustro Ostatecznego wyboru. – W tym lustrze wybierasz to, co ci się podoba. To co chcesz dla siebie. I w tym momencie usłyszał jednocześnie: – Z lewej jest niebo. – Z prawej jest niebo. Obie wypowiedzi zlały się w jedno, jednak treść dotarła. Następnie usłyszał podobne wyjaśnienia i ostrzeżenie. I tak jak poprzednik najpierw skierował się w przyjemny, dający poczucie bezpieczeństwa mrok. Także jemu ukazała się scena z przeszłości. Dokładnie ta sama scena z knajpy. Siedział przy stole rozbawiony. W pierwszej chwili udzielił mu się nastrój. Ale przypomniał sobie późniejszy ból głowy, wyrzuty żony, której znów nie rozniósł wypłaty. Nie potrafił się rozkoszować chwilą zabawy. Rzekł szybko. – A gdzie to drugie niebo? I poszli ku światłu. Jeden z towarzyszy wyraźnie niezadowolony: – Tak się dobrze bawiłeś. Jak zostaniesz, to dam ci złotą kartę kredytową. Bez limitu. Będziesz mógł pić, bawić się i dla żony starczy. – Najpierw zobacz jak jest z prawej strony! Ta sama scena. Ogarnął go wstyd. I żal. Pomyślał: Kurczę, gdybym zdawał sobie stawę z konsekwencji, to nie dałbym się namówić na pijaństwo. – Możesz to zrobić. Jeszcze się nie uwaliłeś. Możesz jeszcze wyjść i wrócić do domu. Wstał od stołu. Ktoś spytał: Gdzie idziesz? (Przez myśl mu przemknęło, że powinien spytać: Dokąd idziesz?) Odpowiedział, że do domu. Niestety, przytrzymali go. Nalali kielicha. Tłumaczyli, że nie może, ze się obrażą, że nie będzie miał życia. Usiadł. Ale gdy zajęli się innymi sprawami mruknął, że idzie do kibla. I poszedł tam, ale już do stołu nie wrócił. Taksówka pojechał do domu. A w domu ukląkł przed żoną i córką i przysiągł, że już więcej nie pójdzie po wypłacie do knajpy. I obiecał, że zabiera obie w najbliższą niedzielę na wycieczkę za miasto. Wybrał drogę w prawo. Ku światłu. A tak zobaczył kolejne swoje winy. I za skruchą i żalem starał się zmieniać historię swojego życia. Wiedział, że przeszłości nie zmieni. Ale bardzo żałował swoich błędów. I czuł, jak staje się coraz lżejszy, spokojniejszy. I czuł, jak zbliża się miłość. – A teraz wracaj. – Dokąd? Powrót Quare odzyskał przytomność w szpitalu. Ktoś dotykał czoła czymś zimnym i Mówił: – Niech się obudzi! – Otwórz oczy! I od tego zdarzenia jego życie się odmieniło. Zrozumiał, co to znaczy metanoja. I dziękował Panu, za to doświadczenie. A całe swoje cierpienie ofiarował Boga w intencji wszystkich błądzących.
_________________ Moje posty są subiektywnymi opiniami. Nie piszę w imieniu Kościoła. Posty nie są autoryzowane przez Kościół.
|
| Cz lip 30, 2026 6:58 pm |
|
|
Kto przegląda forum |
Użytkownicy przeglądający ten dział: Brak zidentyfikowanych użytkowników i 58 gości |
|
Nie możesz rozpoczynać nowych wątków Nie możesz odpowiadać w wątkach Nie możesz edytować swoich postów Nie możesz usuwać swoich postów
|
|